Teatr czegoś nieznanego

Podobnie jak jego ojciec, ojciec jego ojca i pradziad musieli zjawiać się w teatrze w tym konkretnym dniu, tak i on się pojawił. Choć po stokroć wolałby siedzieć teraz z lampką chłodnego wina przed kominkiem i rozmyślać dlaczego to spotkało akurat jego rodzinę. Dlaczego piętno prastarych przysiąg dotrwało do jego czasów i dlaczego nikt z jego przodków nie zdjął tego ciężaru z jego barków. Bardzo to samolubne, pomyślał, i na jego twarzy wykwitł na chwilę słaby, smutny uśmiech. Chociaż może to i dobrze, że nie trzymał teraz rzeźbionego kielicha w dłoni, bo z całą pewnością zgniótłby go, a to oznaczałoby tragedię zarówno dla niego, jak i całej rodziny.
Idąc tego wieczora do miejsca przeznaczenia, widział znajome ulice, domy, mijały go bryczki, zaprzężone w buchające parą z nozdrzy konie, których boki lśniły od kropelek potu, a schowane tuż pod powierzchnią skóry potężne mięśnie napędzały całą, czasem karą, czasem siwą, ale najczęściej gniadej maści machinę.

Było zimno. Pierwsze mrozy ścięły ulice jego miasta kilka tygodni temu, a teraz panowała już surowa, północna zima. Śniegi otulały wszystko grubą pierzyną białego puchu. Dodatkowy chłód napływał z Morza Północnego, znad którego wiatr nawiewał mroźne powietrze. Jego wody rozbijały się z hukiem o skaliste wybrzeże zatoki Moray Firth i pieściły skały śnieżnobiałymi grzywami fal.
Wszędzie widać było małe chmurki oddechów ludzi, gdzieniegdzie trochę większe, pionowe – to parowały studzienki kanalizacyjne. Dzieci opatulone w swoje małe kożuszki, czapki i przydługie szaliki biegały i ślizgały się po zamarzniętych kałużach, powodując czasem niemały zamęt wśród użytkowników dróg.

Inverness. Rok 1869. Teatr Wielki. Położony trochę na uboczu. Otulony wielkimi drzewami i wodami rzeki Ness, która wijąc się, przepływa przez miasto.
Ogromny gmach. Jednolity budynek, zwieńczony okazałą kopułą wokół której poruszają się w niemym tańcu figury Tragedii, Komedii, Poezji i Muzyki. Na szczycie długi, kryształowy szpikulec od dziesiątków lat niestrudzenie strzelający w niebo. Po bokach cztery wieżyczki, na których dzielnie stoją strażnicy – marmurowe gryfy z rozpostartymi skrzydłami. Ich paszcze rozwarte jak do ryku, a przednie łapy z potężnymi pazurami wyciągnięte w kierunku wszystkich, mających złe zamiary. Wszystko to podtrzymywane ogromnymi kolumnami, u stóp których, po obu stronach pięknie rzeźbionych, paradnych schodów, warują dwie kolejne bestie, tym razem spokojniejsze, dostojne lwy, z zawiniętymi na przednie łapy grubymi kamiennymi ogonami.
Troje ogromnych, podwójnych dębowych drzwi, których główne portale tworzą kolumienki podtrzymujące fryzy, przedstawiające jakieś postaci i stworzenia z wielu legend i niesamowitych baśni wszelakich krain. Nad nimi piękna fasada stworzona dłutami i potem najwybitniejszych twórców epoki.
Za wrotami kryją się korytarze, tajemnicze zakamarki, setki schodów prowadzących na balkony i tarasy oraz kolejne drzwi, za którymi rozpościera się główna sala i miejsce rozbrzmiewające wiecznym echem oklasków, krzyków, granego strachu, śmiechu, żalu i podniecenia.
Lecz czasem echo zanika. Może wytłumiają je w końcu zasłony wiszące w balkonach, może odchodzi, przenosi się w inne miejsce, do innego teatru, który go nie zaznał.

Jest pusto. Ostatnie przedstawienie skończyło się wiele dni temu. Cisza zalegająca w ogromnym pomieszczeniu głównej sali jest jednocześnie przytłaczająca i uspokajająca. Lekkie, przyciemnione światełka na półokrągłych, pięknie rzeźbionych w sceny odwiedzin demonów balkonach, dodają swoje małe cienie. Wyższe rzędy drewnianych foteli, teraz złożonych, ozdobionych zielonym tanim materiałem czekają na gości, którzy jeszcze długo na nich nie zasiądą. Czerwony dywan staczający się po schodkach przez wiele dni nie poczuje na sobie tupotu małych nóżek i mocnych kroków trójnogich panów, nie będą go pieściły suknie, atłasy, długie szale.
Zesztywniała kotara po obu stronach sceny, nie poczuje w sobie podmuchu wiatru wywołanego swoim ruchem. Jej obie części nie spotkają się razem na środku sceny i nie złączą w delikatnym, pokrętnym tańcu.
Deski teatru będą mogły odpocząć, gdyż w najbliższym czasie nie będą skrzypiały pod ciężarem artefaktów sztuki, przedziwnych postaci po nich stąpających i najróżniejszych instrumentów, które się nimi podpierały w szalonym wydawaniu dźwięków, ku uciesze arystokracji i gawiedzi.
Tych kilkudziesięciu małych krzeseł osadzonych niżej, pod sceną, nie zajmą na razie muzycy ze swoimi narzędziami, a wysokiego podestu pan ze zmierzwionymi włosami i brodą, zaopatrzony w cienki, drewniany patyk, który z dumą podryguje w jego palcach sądząc, że jest wszechwładnym, i bez niego nie odbyłby się żaden prawdziwy koncert ani przedstawienie nie otrzymałoby należytego podkładu, jakże przecież ważnego…
To, co najprawdopodobniej się dzisiaj wydarzy, może spowodować koniec lub w najlepszym wypadku długą przerwę w życiu tego miejsca.
Niezmąconą od długiego czasu ciszę, przerywa cichy ale mocny pomruk gdzieś z górnych partii pomieszczenia, który roznosi się stopniowo, aż po wielu odbiciach od ścian milknie, jako cichy, niesforny szept małego dziecka, które coś przeskrobało.
Za chwilę powietrze drga znowu w złości, tym razem, od początkowo cichego, ale z każdą chwilą narastającego odgłosu kroków, zbliżających się z nieokreślonego kierunku. Osoba, która je stawia, jest niespokojna, tupanie jest nierówne, jakby się chwiała lub omdlewała. Z pewnością są to kroki mężczyzny, i to postawnego, gdyż mimo tych uchybień są głośne i „twarde”. Kiedy już wydaje się, że osoba która je stawia, jest tuż koło nas, odgłos milknie, dając ukojenie zmęczonej ciszy, która wszelakie skrobania, tupania, śpiewy i krzyki, musiała znosić przez tyle dziesiątków lat, a teraz chciałaby nareszcie odpocząć. Chyba jednak jeszcze nie teraz…
Naciśnięta klamka, skrzypnięcie starych, wypaczonych drzwi i ciche tąpnięcie przy ich powtórnym przekręceniu się na nie oliwionych od dawna zawiasach. Dwa kolejne kroki i znów cisza.
To wszystko dzieje się za kulisami, za potężną zasłoną grubego materiału, zza którego, setki razy wyglądali reżyserzy i twórcy, aby sprawdzić reakcję publiczności, za którą przed występem ostatnie oddechy odwagi brali aktorzy, ci sami, którzy kilkadziesiąt minut później dawali upust swojej złości lub szczęściu. Ona to wszystko widziała i akceptowała. Obserwowała przez dekady. Teraz miała być świadkiem ostatniego „przedstawienia”. Bez udziału publiczności, bez orkiestry, aktorów, scenarzystów, reżyserów.

Kiedy wszedł na salę, omijając wpatrującą się w niego kotarę, jej ogrom go przygniótł. Czuł się jak uczniak, który pierwszy raz staje na deskach teatru by wygłosić kilka słów. Bał się. Był zdenerwowany. Krople potu na skroniach nieprzyjemnie go łaskotały. Frak wydawał się nad wyraz ciężki a mahoniowa laseczka ze złotą, zdobioną w róże rączką, nie pomagała już w stawianiu kroków. Kiedy przystanął w cieniu daszku nad sceną, przymknął na chwilę powieki i powoli zaczerpnął tchu. Poczuł znajomy, ulotny zapach dawnych perfum, setek tysięcy wykrzyczanych słów, usłyszał ciche, dochodzące gdzieś z oddali pojedyncze oklaski, otworzył oczy, zmrużył je i spojrzał w najdalsze rzędy foteli. Nikogo nie ma. Nikogo nie ma prawa tu być. Nie dziś. Nie tego wieczora i nawet nie tej nocy. Ta pora należy do niego. Musi spełnić swoją powinność, albo odejść jak jego przodkowie w niepamięć dawnych dziejów, nie spełniwszy jej. Skazując jednocześnie swojego potomka na to samo, co on przeżywał i przeżywa. Jego serce łomotało w piersi jak ptak, zamknięty w zbyt małej klatce. W głowie kłębiło się tysiące myśli. Nie mógł się na niczym skupić. Wodził mętnym wzrokiem po deskach na których stał, bo balkonach, na których często siadywał podczas nie swoich spektakli, wreszcie po drzwiach, przez które kiedyś, w młodości wkradał się po cichu, aby obejrzeć jakąś sztukę. Jakże go to fascynowało, jakimż ogromnym, słodkim i napęczniałym sokiem, zakazanym owocem było dla niego… ileż razy łkał w zaciszu swojego kąta, kiedy ojciec przyłapywał go na wymykaniu się z domu. Chciał go chronić. Bzdura. Bzdura. Gdyby chciał go chronić, dałby radę, przecież był tak dobry. Nie odpuściłby. Dałby radę…
Jego rozmyślania przerwał kolejny niski pomruk. Rozszedł się po olbrzymim pomieszczeniu niczym kręgi na tafli wody po wrzuceniu kamyka do jeziora.
Cały się trząsł. Jego palce drgały, jakby już wygrywały tę przeklętą melodię. Musiał się uspokoić…musiał! W takim stanie niczego nie zagra, a już na pewno nie zrobi tego tak jak powinien i musi. A musi zrobić bezbłędnie. Genialnie. To jego cel w życiu. Ta jedna melodia. Ten jeden mały koncert, dla jednego słuchacza. Potężnego słuchacza, którego słuchu, wyczulonego przez wieki nie da się oszukać.

Kiedy podszedł do fortepianu, był już spokojniejszy. Oddychał miarowo i głęboko. Serce się uspokoiło i porzuciło swoje szaleńcze tempo. Stanął nad instrumentem i spojrzał na rzecz, dzięki której mógł wyjść z tej opresji cało lub w przypadku choćby małego błędu, w kawałkach. Dosłownie.
Zerknął na wąskie siedzisko, znajdujące się na wysokości jego ud. Zniszczone, wysiedziane. Drewno obite, kiedyś zapewne pięknym i miękkim materiałem, teraz wypłowiałym i wytartym, czekało na niego.
W sali rozległ się groźny pomruk zniecierpliwienia. Wybiła ta godzina. Nadszedł czas na show. Śmiertelnie poważny show. Słychać było odległe bicie zegara w głównym korytarzu, które brzmiało jak kroki upośledzonego, albo zombie.

Szaleńcza gra. Ostatnie, przezroczyste krople, które powoli zmieniały miejsce pobytu z jego twarzy na klawisze fortepianu, zaczęły mieszać się z pierwszymi czerwonymi kroplami, kapiącymi z jego szyi. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego że krwawi i powoli umiera. Grał. Poczuł z tyłu ruch i lekkie ukłucie tuż poniżej podbródka. Zaczął się krztusić, ciężej oddychać, przed jego oczy zaczęła napływać mgła, nawiewana lekkim oddechem śmierci, i potężnymi haustami powietrza wydmuchiwanymi przez bestię. Biało-czarne klawisze, na których wygrywał swe ostatnie dźwięki, wzbogaciły się o nową barwę – krwistą czerwień. Smugi pozostawiane przez jego palce tworzyły na nich fantazyjne wzory i krzyżówki. Zaczynał słabnąc, ale trwał w swoim postanowieniu dogrania utworu do końca. Myśli zaczęły mu się mieszać, podobnie jak wciskane czarno-białe prostokąty. To już koniec, pomyślał w chwili przebłysku zdrowego rozsądku. Zwolnił. Na karku czuł gorący oddech, tak potężny, że wdzierał się w jego włosy i okalał ciepłymi powiewami twarz. Ostatnie delikatne muśnięcia klawiszy, ostatnie charczące oddechy, chwila na którą tyle czasu się przygotowywał nadeszła. Nie spełnił pokładanego na nim obowiązku. Skazał siebie na śmierć, ale co gorsza, skazał na taki sam jak jego, los, swojego nowo narodzonego syna…który chyba domyślając się co go czeka, mimo usilnych prób matki, nie dał się uspokoić. Zasnął dopiero nad ranem. Wycieńczony, z małymi oczkami czerwonymi od łez. Zasnął dopiero wtedy, gdy spod, martwych już palców jego ojca, kilka kilometrów dalej, wypłynął ostatni dźwięk. Ostatnia dziwna sylaba. Początek jego drogi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: