Nowy Kolega

Siedzę na murku i staram się wyładować swoją złość, wściekle machając nogami to w przód, to w tył. Podnoszę głowę i starannie wpatruję się w rozciągający się przede mną chodnik, mając nadzieję, że jednak go teraz zobaczę. Oczywiście, nic z tego. Wściekam się jeszcze bardziej, mruczę pod nosem słowa powszechnie uważane za nieprzyzwoite. Kamil zawsze miał irytujący zwyczaj spóźniania się, ale dzisiaj pobił już chyba wszelkie rekordy… rozumiem piętnaście minut, pół godziny, nawet trochę więcej… ale ponad godzinę? To się w głowie nie mieści. Już ja mu nagadam, kiedy…
Przestaję o tym myśleć, bo na chodniku pojawia się znajoma, szczupła sylwetka. Wysoki, chudy, ręce jak zwykle w kieszeniach. Spóźniony, ale za to bez piłki, którą miał przynieść. Złość, która właśnie zaczęła mi przechodzić, wraca ze zdwojoną siłą. Jak można tak wszystko olewać?
– Cześć. – Mówię, mimo wszystko, zupełnie spokojnie. Kamil potrząsa głową, jakby zaskoczony moją obecnością, po czym wbija we mnie wzrok. Może to tylko moje wymysły, ale wydaje mi się, że jego zgniłozielone oczy zrobiły się dużo jaśniejsze…
Mrugam kilka razy, żeby wyrzucić ze swojej głowy te głupie przypuszczenia.
– Cześć! – powtarzam, tym razem głośniej, i już nie tak spokojnie.
– No cześć. – odpowiada, po czym przekręca głowę w bok i przez moment wpatruje się w pustkę. Następnie znów spogląda na mnie.
– Dobra, no to… no, poznajcie się, czy jak to tam się… – mówi. – To jest Piotrek – pokazuje paluchem na mnie – A to jest Andrzej. – Pokazuje na miejsce obok siebie, oczywiście nikogo tam nie ma. Podnoszę brwi, zdziwiony, i na wszelki wypadek starannie rozglądam się wokół, żeby upewnić się, że to nie jest jakiś głupi żart. Utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że Kamil wpadł na kolejny ze swoich niezliczonych, kompletnie idiotycznych pomysłów. Kumpel z niego dobry, ale poczucie humoru ma, delikatnie mówiąc, wyjątkowo specyficzne. Zazwyczaj mnie to bawi, ale dzisiaj mam już go serdecznie dość.
– Przestań w końcu, dobra? – warczę. – Spóźniasz się, piłki nie przynosisz, i jeszcze robisz ze mnie idiotę. Mam dość tych twoich…
– O co ci chodzi? – Przerywa mi. Oczy ma szeroko otwarte ze zdziwienia. – Dobra, trochę się spóźniłem…
– Trochę! – Mruczę pod nosem.
– …ale nie wiem, o co ci chodzi z robieniem idioty. Może byś rękę podał, a nie stoisz jak ten słup, hę?
– Jaką znowu rękę?
– No, twoją, a masz jakieś inne? Tak się robi, jak ktoś wyciąga rękę na powitanie, to mu się daje swoją, nie?
Zaczyna mnie wkurzać ten jego ironiczny uśmieszek.
– Jakoś nie zauważyłem, żebyś do mnie wyciągał jakąś rękę, kretynie. – Parskam, gotowy po prostu sobie pójść, zanim sprzeczka przerodzi się w coś gorszego.
– Nie mi! – Fuka na mnie. – Tylko, kurde, Andrzejowi! Jesteś na mnie zły, okej, ale nie musisz się na nim wyżywać! Nawet się nie raczysz odezwać…
– Daj już spokój, przecież tu nikogo nie ma. – Denerwuję się. – Te twoje dowcipy robią się coraz bardziej bez sensu.
Ku mojemu zdziwieniu, Kamil szczerzy się w uśmiechu i odwraca głowę w stronę wyimaginowanego kolegi.
– Mówiłem ci – rzuca w pustkę – że on jest trochę dziwny. Tak dla zabawy, możemy później też poudawać, że my go nie widzimy.
Żarty żartami, ale on jest naprawdę cholernie przekonujący. Gdybym go nie znał, zacząłbym zastanawiać się, dlaczego nie widzę tego całego Andrzeja. Założę się, że gdyby tylko chciał, dostałby rolę w jakimś filmie. I to całkiem niemałą… Chociaż znając jego charakter, to jestem pewien, że z planu filmowego wyrzuciliby go po kilku dniach z niezłym hukiem. I poleceniem, aby nie zbliżał się bardziej, niż na sto metrów. Tak podejrzewam.
No ale, skoro tak bardzo chce robić sobie jaja…
– To patrz. – mówię, po czym ruszam przed siebie i przechodzę dokładnie przez miejsce, w którym, według niego, tkwi sobie beztrosko Andrzej. Oczywiście, nie napotykam na żadną przeszkodę. – I co?
Kamil patrzy na mnie spode łba.
– Chcesz zrobić ze mnie idiotę? Przecież widzę, że odsunął się na bok.
Urywa na chwilę i wpatruje się uważnie w „Andrzeja”.
– Co? – mówi. W pustkę. – A… daj spokój… nie, zwykle jest normalniejszy, nie wiem, co mu dzisiaj… A. No dobra, to…
– Gramy w tą piłkę? – Mówi, tym razem do mnie.
– Może z Andrzejem? – Odgryzam się.
– Tak, właśnie z Andrzejem – Mruczy. Widzę, że jest zły. Co go ugryzło? Zawsze wkręca ludzi w swoje dziwaczne pomysły, ale nigdy się w to aż tak nie angażował…
– Masz piłkę? – Pyta, a ja dostaję wścieku.
– No chyba sobie kpisz – mówię. – Ty miałeś przynieść!
– Ale ty masz bliżej. – Pokazuje głową na znajdujący się za mną blok.
– A co mnie to obchodzi? Nie chce mi się iść taki kawał.
– To czym będziemy grać? – Pyta, zupełnie spokojnie.
– Andrzejem. – Parskam.
– Trochę za duży – szczerzy zęby. Nie no, mam tego już dość.
– Dobra, idziemy po tą piłkę. – Wzruszam ramionami. Właściwie, to wcale nie jest daleko. To tylko trzecie piętro. Kilkanaście schodów, może trochę więcej.

*

Łup! Piłka z impetem uderza w ceglaną scianę garażu. Kamil zatrzymuje ją nogą i spogląda na mnie ze zdziwieniem.
– Naprawdę nie chcesz grać?
– Nie, dopóki nie przestaniesz się wydurniać. Już chyba starczy, co? – Burczę. Jestem zły, bo on cały czas gada do tego swojego Andrzeja. Ja rozumiem, fajnie jest z kogoś czasami pożartować, ale trzeba mieć chyba jakiś umiar!
– To ty się wydurniasz. Na miejscu Andrzeja to bym pomyślał, że jesteś jakiś nienormalny. Ile można? – Mówi do mnie. Zaczyna mnie naprawdę doprowadzać do granic wytrzymałości nerwowej. Podnoszę się.
– Dobra, mam tego dosyć. Cześć. – Mówię, po czym odwracam się i odchodzę. Spokojnym krokiem przechodzę przez wejście na klatkę schodową, a następnie rzucam się pędem do mieszkania i wyglądam przez okno. Ciekawe, co teraz zrobi. Dalej będzie odbijał tą piłkę o ścianę i udawał, że ktoś tam stoi?
Wyglądam ostrożnie, zza zasłony, tak, żeby nie było mnie za bardzo widać. Kręcę głową z niedowierzaniem. On nadal to robi! Kopie piłkę w ścianę, i jeszcze… o ile mnie wzrok nie myli… nie, nie mylę się, on do tej ściany gada. Może wie, że obserwuję go przez okno. Odsuwam się i idę do kuchni. Myję ręce, wyciągam z lodówki kilka rzeczy i przyrządzam sobie dwie duże, apetycznie wyglądające kanapki. Celowo się nie spieszę, ale w końcu nie pozostaje już naprawdę zupełnie nic do zrobienia, włączając w to wymycie noża do masła. Biorę więc talerz, wracam do siebie, odstawiam jedzenie na biurko i rzucam się do okna. Nie, nie wierzę… on nadal robi to samo! Zerkam na zegarek. Minęło już dziesięć minut. Chce mu się? Aż tak bardzo mu zależy, żebym dał się nabrać? Nie wiem, co mu odbiło, ale to jest dość dziwaczne, nawet jak na Kamila. Patrzę przez okno jeszcze raz, i widzę, jak Kamil ściska na pożegnanie nieistniejącą dłoń, a potem bierze piłkę pod pachę i odchodzi. Ściskał tą „dłoń” naprawdę przekonująco. Jest już wieczór, na dworze zrobiło się troche ciemno, a ja mam zgaszone światło. Niemożliwe, żeby mnie widział… To jest naprawdę dziwne. Wzruszam ramionami, zapalam światło i zabieram się za konsumpcję.
Dopiero, kiedy idę spać, uświadamiam sobie, że Kamil zabrał MOJĄ piłkę.

*

Od rana męczy mnie irytująca świadomość, że o czymś zapomniałem. I nie, nie chodzi tutaj o piłkę, którą rano znalazłem pod swoimi drzwiami. Rzecz tkwi gdzie indziej, problem w tym, że nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie. Czuję się, jakbym nie zrobił czegoś, o czym absolutnie NIE WOLNO zapominać. Tylko czego? Pogoda na dworze jest paskudna, wieje i leje, więc kręcę się po domu, bezskutecznie próbując się czymś zająć, czymkolwiek, ale na niczym nie mogę się skupić. Zapomniałem o czymś ważnym, koniec, kropka. Nie wmówię sobie, że jest inaczej, żebym nie wiem jak bardzo się starał. W końcu doprowadza mnie to wszystko do takiego szału, że uderzam pięścią w ścianę. Jedyny skutek, jaki odniosłem, to boląca ręka. Trochę mnie to jednak uspokaja.

*

Znów leje. To już kolejny dzień paskudnej pogody. Nudzę się jak nigdy, poza tym nadal nie opuszcza mnie to wrażenie, że coś mi umyka. Dzwonię do Kamila, żeby do mnie wpadł, jestem gotowy wybaczyć mu głupie żarty, w końcu nic takiego się nie stało. Kamil mówi, że owszem, bardzo chętnie wpadnie razem z Andrzejem. Prycham w słuchawkę, a on mówi, że nie wie, o co mi nadal chodzi. I że ma dość moich wygłupów. Mam chęć powiedzieć mu dokładnie to samo, ale się powstrzymuję. Ciekawe, ile jeszcze wytrzyma. Potem pyta, czy nie pogadałbym z Andrzejem, bo on ma do mnie jakąś sprawę. Okej, zobaczymy, co teraz wymyślił. Słyszę, jak podaje komuś telefon, po czym zalega cisza. Już mam zamiar się rozłączyć, kiedy do słuchawki wraca głos Kamila. Wrzeszczy na mnie, że to już jest jakaś przesada, tak się do kogoś nie odzywać, i że trzeba mieć jakiś umiar. Krzyczę, żeby spojrzał na siebie, bo właśnie to samo miałem mu powiedzieć. I że mam go dość, że jest głupi i niech się wypcha tym swoim Andrzejem.

*

– Rany, ależ ty jesteś uparty.
Rozglądam się, ale nikogo nie widzę. Głos wybucha śmiechem, i uświadamiam sobie, że wcale go nie słyszę, a przynajmniej nie w takim sensie, w jakim zwykło się to słowo pojmować. Ten głos rozbrzmiewa tylko w mojej głowie.
– Nie zobaczysz mnie, głuptasie. Przecież sam tego nie chciałeś, prawda?
Co to ma być?, myślę. Po chwili w mojej głowie pojawia się odpowiedź.
– Już nie pamiętasz? Och, nie odpowiadaj bzdur. Przypomnij sobie. No?
Zaczynam chyba się bać. Rozglądam się wokół siebie jeszcze raz, to musi być jakaś sztuczka, ale jest ciemno i nie widzę prawie nic.
– Co to ma być? – Mówię, tym razem zupełnie głośno. Coś w mojej głowie znów się śmieje. Ten chichot jest okropny, jakiś taki… obłąkany. Mam tego dość…
– Już masz dość? – Chichocze. – Ojej, nie żartuj sobie, to nie jest śmieszne! Jestem pewien, że za mną tęskniłeś…
Za kim niby miałbym tęsknić?
– Jak to za kim? Za mną, przecież. Ale widzisz, dotrzymałem słowa. To chyba dobrze?
Jakiego znów słowa?
– Powiedziałem, że cię odwiedzę. Więc jestem. Nie cieszy cię to?
Nie!!!
– Ojojojoj. To bardzo niedobrze, kolego. Niedobrze…
Nawet cię nie widzę! Nie ma cię! To tylko moja głupia wyobraźnia!!! Wypad z mojej głowy, już! Nie chcę cię więcej widzieć!!!…
– Hej, i tak mnie nie widzisz. – zanosi się śmiechem szaleńca. – Oj, a to niedobrze, niedobrze, bardzo niedobrze…
Idź mi stąd, już!!!
– …bo widzisz, możesz sobie nadal wmamiać, że mnie nie widzisz, ale wiesz… naprawdę myślisz, że będzie ci łatwiej uciekać przed czymś, czego nie możesz zobaczyć?
Śmieje się. Tak głośno, że odruchowo zatykam uszy, ale to nic nie daje, bo źródło dźwięku znajduje się w mojej głowie…

*

Budzę się .
Otwieram oczy, siadam na łóżku, rozglądam się wokół siebie. To tylko sen… Przeklinam, pod nosem, cicho, żeby nikogo nie obudzić. Kto to słyszał, żeby normalny człowiek miał takie sny? Chyba muszę ograniczyć te wszystkie horrory, które zawzięcie ostatnio oglądam… Mimo wszystko, chociaż sam przed sobą nie chcę się do tego przyznać, jakoś nie mam ochoty położyć się teraz z powrotem spać. Wstaję więc i idę do łazienki. Mam ogromną chęć zapalić światło, ale ryzykowałbym, że kogoś może to obudzić. Poza tym, to by było śmieszne. Nie będę niczego zapalał z powodu głupiego snu! To by była zwyczajna dziecinada.
Wchodzę do łazienki, zamykam za sobą drzwi. Noc jest ciemna, dzisiaj jest chyba pełnia czy coś koło tego, ale całe niebo jest pokryte ciężkimi, deszczowymi chmurami, choć właściwie to już przestało padać.
Odkręcam kran, tylko odrobinę, tak, żeby płynęła z niego cieniutka stróżka wody. Łapię ją do złożonych dłoni, a potem pryskam sobie na twarz. Ot tak, żeby wypłoszyć z głowy głupie myśli. Zakręcam kurek, odwracam się do wyjścia, i do moich uszu dociera jakiś dźwięk. Staję jak wryty i nasłuchuję. To płynąca woda. Ale przecież zakręciłem kran, jestem tego pewien…
Jakiś irracjonalny strach każe mi się nie odwracać, i przez chwilę mam ochotę po prostu uciec, nieważne, gdzie.
Co za brednie, mówię po chwili do siebie, jestem zaspany, nie zakręciłem wody, wyobrażam sobie jakieś nie wiadomo co. Zdecydowanie odwracam się, wstrzymuję na chwilę oddech, ale oczywiście w łazience nie czai się żaden potwór spod łóżka, a może raczej – wanny. Podchodzę do kranu, tym razem zakręcam go starannie i dokładnie, dwa razy upewniam się, że rzeczywiście to zrobiłem. Jeśli znów zacznie kapać, to będzie znak, że coś tu jest nie tak. Albo po prostu kran się popsuł.
Chcę już sobie iść, ale odruchowo zerkam jeszcze w lustro, wiszące nad zlewem. I wtedy to się zaczyna. Mam wrażenie, nie, źle, mam PEWNOŚĆ, że coś za mną stoi. Patrzę w to lustro, nie wiem, co robić. W nocy rzeczy w lustrze nie są wyraźnie widoczne, zdaję sobie sprawę, że łatwo zobaczyć coś, czego nie ma. Ale tym razem mogę się założyć, że to nie jest moja wyobraźnia, bo za swoimi plecami widzę niewyraźną, czarną sylwetkę. Nie jest bardzo dobrze widoczna, ale na pewno – JEST.
Odwracam się gwałtownie za siebie – nic nie ma.
Zerkam w lustro.
Jest.
Dużo bliżej.
Patrzę za siebie. Nadal nic tam nie ma.
Spoglądam w lustro… czarne łapska wyciągają się właśnie w moim kierunku. Mogę przysiąc, że to coś ma na głowie jasne włosy.
Wybiegam z łazienki, zamykam za sobą drzwi i wpadam do swojego pokoju. Szybko zapalam stojącą na biurku lampkę i wpełzam pod kołdrę. Co to miało być? Co to niby miało być!? Nie mam przecież AŻ tak bujnej wyobraźni, ale wiem, co widziałem…
Powoli się uspokajam. Kiedy jest jasno, takie rzeczy, jak potwór z lustra, wydają się wręcz śmieszne. Musiałem przysnąć, tak się czasami zdarza, kiedy człowiek jest wyrwany ze snu. Rozglądam się po pokoju. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak powinno. Tak, to po prostu śpiący jeszcze mózg spłatał mi głupiego figla. Owijam się starannie kołdrą i zamykam oczy.
Nie gaszę światła.

*

Wieczór. Idę ulicą, nie jest jeszcze ciemno, ale latarnie właśnie się zapalają. Wracam do domu, wokół jest dość pusto, nic dziwnego, często tak bywa. Idę na skróty, starym chodnikiem pomiędzy blokami. Jest właściwie nieużywany, od kiedy powstała nowa droga, która owszem, prowadzi też do mojego bloku, ale jest prawie dwa razy dłuższa. Przechodzę więc zniszczonym, zarośniętym już trawą i zielskiem chodnikiem. Idę, ale mam dziwne wrażenie, że to już było. I że powinienem zawrócić. Mimo to – idę.
Słyszę jakieś hałasy. Ktoś nadchodzi. Niepokój narasta, nie chcę iść dalej, ale to nie ode mnie zależy. Wiem, że stanie się coś, czego bardzo chciałbym uniknąć, ale nogi mnie nie słuchają, idę dalej. Jakbym był biernym obserwatorem jakiejś sceny, tyle że umieszczonym w moim ciele.
Zauważam kogoś z boku chodnika. Idzie niezbyt prosto, chwieje się. Pewnie jakiś żul. Wcale mi się to nie podoba. Wolę nie spotykać się z takimi typami sam na sam, zwłaszcza wieczorami, chociaż wcale nie jest jeszcze późno. Czuję, jak moje nogi przyspieszają, choć każę im ruszać w przeciwnym kierunku. Wiem, co będzie dalej, ale uporczywie odpycham tę myśl od siebie.
To wcale nie jest jakiś stary, obleśny menel. Chłopak wygląda na takiego mniej więcej w moim wieku, jakiegoś siedemnasto- czy osiemnastolatka. Ma bladą skórę, jasne, rozrzucone w nieładzie włosy i niesamowicie niebieskie oczy. Patrzy na mnie i… zaczyna syczeć.
– co ty tu robisz? – Syczy na mnie, a ja chcę uciekać, ale stoję jak słup. Nie mogę się ruszyć. Dopiero teraz zauważam drugą osobę. Na ziemi kuli się przestraszona młoda kobieta, patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Właściwie… to dobrze się składa. – Chichocze. Skąd ja znam ten chichot, taki jakby… obłąkany?.. – Szukam nowego przyjaciela… Tamten zrobił się już trochę… Cóż, zużyty..?
Chichot. Głośny. Naprawdę nikt tego nie słyszy?
– Uciekaj. – Syczy na kobietę. Ta jakby tyko na to czekała. Zrywa się, ale coś ją zatrzymuje. Patrzy na niego, niepewna. – Ej, to nie żart, naprawdę już dam ci spokój… Zobacz, mam fajniejszą zabawkę…
Patrzy na mnie i kręci głową. A potem ucieka tak szybko, że jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak biegł.
– Więc. Jesteś teraz mój, wiesz? Taki pech. Trzeba było iść inną drogą, kolego. Cóż, takie życie. Miałeś pecha, że tak powiem.
Nadal nie mogę wydusić z siebie słowa. Właściwie to nie wiem, dlaczego.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że się na to nie zgadzasz!
Pewnie, że chcę! Chcę tego najbardziej na świecie, ale nie potrafię zmusić się do wydania jakiegokolwiek dźwięku…
– Skoro tak…- Mówi chłopak. – Już niedługo cię odwiedzę, kolego. – po czym rzuca się na mnie z niewyobrażalną szybkością. Zapamiętuję jeszcze, jak uderzam głową o twarde, betonowe płyty chodnika.

*

Budzę się. Światło jest zgaszone. Jak to możliwe? Ten sen był jeszcze bardziej nienormalny, zresztą już kiedyś mi się śnił. Był tak realistyczny, że wmówiłem sobie wtedy nawet, że boli mnie głowa od tego uderzenia w chodnik. Co to za głupota? Nie zamierzam już dzisiaj kłaść się spać. I tak się nie wyśpię, to jakaś idiotyczna noc. Uświadamiam sobie, że tym, co mnie obudziło, jest dzwonek telefonu. Odbieram. To Kamil.
– Andrzej do mnie dzwonił. Dzięki, że w końcu wynormalniałeś.
Zerkam na zegarek. Jest pięć po dwunastej. O co może mu chodzić o tej porze?
– Co? – mruczę w słuchawkę.
– Andrzej do mnie dzwonił. Mówił, że fajnie, że zauważyłeś, że istnieje. No, i żeby do ciebie wpadł, się zgodziłeś. Trochę dziwne, że o tej porze, no ale fajnie, że już się nie wydurniasz.
– Co? – Powtarzam. On nadal z tym Andrzejem? Zaczyna mnie to niepokoić.
– Ty mnie słuchasz w ogóle? – Denerwuje się. – Dziwni jesteście. Umawiacie się na spotkania o tej porze?
– Na nic się nie umawiałem! – Warczę.
– Dziwne… mi mówił, że obiecał ci jakiś czas temu, że niedługo cię odwiedzi, że jesteś jego nowym przyjacielem… A, nieważne. Dobrze, że się dogadujecie. Tak w ogóle, to u ciebie też jest awaria prądu? Nie da się nawet zapalić światła, jakiś koszmar. Ale. Andrzeja nawet po ciemku nie da się przeoczyć, on ma takie jasne włosy, że aż się świeci… Dobra, cześć.
Słyszę urywany sygnał w słuchawce, a mój zaspany mózg zaczyna coraz szybciej kojarzyć fakty. Próbuję zapalić lampkę, ale naprawdę nie ma prądu. Siadam na łóżku, i tak, mogę założyć się, że w kącie mojego pokoju coś cicho chichocze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: