Nowi sąsiedzi

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Coś naprawdę niepokojącego dzieje się po drugiej stronie ulicy. Nie wiedziałem, gdzie o tym napisać – kolega powiedział mi o tej stronie. Chciałem wiedzieć, co Wy o tym sądzicie.

Około miesiąc temu, sąsiedzi z naprzeciwka (którzy mieszkali tam ponad 25 lat) nagle spakowali się i wyprowadzili. Żadnych zapowiedzi, pożegnań – nic. Nie widziałem nawet znaku „Na sprzedaż” na ich trawniku. To było starsze małżeństwo i nie byłem do nich jakoś strasznie przywiązany, ale lubiliśmy się na tyle, żeby powiedzieć „Dzień dobry” i zamienić kilka słów. Byli dobrymi, miłymi ludźmi. Było mi przykro, że wyprowadzają się w taki sposób.

Trzy dni po tym, jak wyjechali, zobaczyłem przed ich domem znak „Sprzedane”. Byłem zaskoczony, jak szybko został sprzedany – trzy dni, a ja nie widziałem żadnych ludzi oglądających go.

Minął może tydzień, zanim wprowadzili się nowi sąsiedzi. Pojawili się tylko z małą ciężarówką – nie mieli zbyt wiele rzeczy. Była to azjatycka para w średnim wieku. Pamiętam, że przyszli, żeby się przywitać (chodzili od domu do domu, żeby przywitać się ze wszystkimi, co wydawało mi się bardzo miłe). Byli spokojni, ale wydawali się mili.

Ostatniej nocy, około 2:00, obudził mnie dźwięk uderzania. Bęc, bęc, bęc. Rytmiczny i stały, jakby ktoś bez przerwy uderzał młotkiem w drewno. Wstałem z łóżka i próbowałem znaleźć źródło tego hałasu. Zajęło mi kilka sekund, żeby zdać sobie sprawę, że dochodzi on z zewnątrz. Powoli otworzyłem okno, przez które widać ulicę i dom sąsiadów. Było ciemno i nie widziałem wiele, ale dźwięk na pewno dochodził z zewnątrz, obok domu sąsiadów.

Mieszkam na końcu ulicy, więc na lewo od mojego domu jest tylko las (z perspektywy sąsiadów po prawej). Dźwięk dochodził dokładnie stamtąd. Z lasu. Bęc, bęc, bęc. Bez przerwy. Nie przyspieszał, nie zwalniał. Był niezmienny. Przechodzą mnie ciarki, gdy teraz o tym myślę.

Zamknąłem okno, myśląc, że dźwięk w końcu ucichnie. Nic takiego się nie stało. Po dziesięciu minutach nadal to słyszałem. Znowu otworzyłem okno, mając nadzieję, że dojrzę, co wydaje ten dźwięk, ale było za ciemno. Zszedłem po schodach, wziąłem latarkę i wróciłem na górę (o wyjściu na zewnątrz nie było mowy).

Podszedłem do okna, włączyłem latarkę i skierowałem ją w stronę lasu. Gdy latarka oświetliła drzewa, walenie ustało. Nagle. Cisza. Pamiętam, jak przeszły mnie ciarki, gdy to się stało. Wychyliłem się przez okno w stronę oświetlonego miejsca. Nie widziałem jednak wiele, tylko drzewa. Odczekałem jeszcze parę minut, a potem wyłączyłem latarkę, tłumacząc sobie, że to musiało być jakieś zwierzę. Dźwięk ustał, więc było w porządku.

Gdy położyłem się na łóżku – bęc, bęc, bęc. Przysięgam, po prostu mnie zmroziło. Jeszcze nigdy nie byłem tak przerażony. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w końcu wyskoczyłem z łóżka, otworzyłem okno i krzyknąłem „HEJ!” Zrobiło się cicho.

Do rana było spokojnie, nie słyszałem już nic.

Ale potem zrobiło się jeszcze dziwniej. Obudziłem się rano, nie myśląc o tym, co zdarzyło się w nocy i gdy wychodziłem do pracy, zobaczyłem to.

W głębi lasu, obok domu sąsiadów, stała zniszczona szopa, której nie widziałem wcześniej. Nie wiem nawet czy można to nazwać szopą. Nie miała więcej, niż 2 metry wysokości i była na tyle szeroka, żeby pomieścić kilka osób. Zaniepokoiło mnie to, jak bardzo była zniszczona, mimo, że wcześniej jej tu nie było. Szopa miała dwoje drzwi z owalnymi oknami, drzwi były zardzewiałe i po prostu wisiały na zawiasach. Dach był pochylony do wewnątrz, a ściany krzywe. Wyglądało, jakby wszystko miało się zaraz zawalić.

Wtedy zacząłem się zastanawiać, co do cholery wybudowali moi sąsiedzi. O drugiej w nocy. Hałas musiał pochodzić od młotka. Ale serio, co jest do diabła? O tej godzinie?

Teraz siedzę w moim pokoju i piszę to do was, bo tylko o tym mogę myśleć, odkąd coś znów zaczęło uderzać. Dźwięk nie ustał – słyszę go w tym momencie. Jednak to nie wszystko. Teraz widzę światło dochodzące z szopy. Mogę je dojrzeć z mojego pokoju, tak po prostu.

Walenie słychać dokładnie z miejsca, w którym jest szopa. Jest pierwsza w nocy. Nie mam pojęcia, o co tu chodzi.

Wiem, że wielu z was mi nie uwierzy, więc zrobiłem zdjęcia tej szopy. Zostały wykonane iPhonem, przepraszam za marną jakość. Pierwsze zrobiłem rano, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Drugie zrobiłem teraz – możecie wyraźnie zobaczyć światło.

Dzień
Noc

Nie wiem, czy mam zadzwonić na policję, czy-

O Boże. Walenie właśnie ustało.

Ktoś zaczął krzyczeć na zewnątrz.

Winda

Posted in Uncategorized with tags , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Floryda może się wydawać prawdziwym rajem na ziemi, szczególnie dla turystów, których cieszy mnogość piaszczystych plaż, błękit bezchmurnego nieba, rzucające się w oczy drapacze chmur i filmowe gwiazdy wypoczywające w miejscu prosto z marzeń. Za tą piękną zasłoną nie widać morderstw, oszustw i brutalnych scen na ulicach – są zabarwione czymś o wiele bardziej nieuchwytnym. Ta historia zdarzyła się w jednym z miejscowych hoteli. Na pierwszy rzut oka, hotelu nie różniącym się od wielu innych sobie podobnych dwugwiazdkowych noclegów, ale po krótszym rozeznaniu, odrobinie cierpliwości i kilku masażach nóg, można się chwalić, że uniknęło się śmiertelnej pułapki.

Wszystko zdarzyło w 19-piętrowej windzie, która znajduje się w hotelu. Winda wygląda podobnie jak inne, przed nią również rezyduje pan wnoszący bagaże. Szczególną cechą tej maszyny, jest fakt, że daje możliwość szybkiego dostania się na parter. Niby nic nadzwyczajnego, jednakże wciskając przycisk parteru nie wszystkim udało się zjechać na dół. Czasami w windzie zostawały tylko zegarki, biżuteria i sprzączki. Ludzie znikają, bez najmniejszej kropli krwi na podłogowym dywaniku. Zdarzenie jest osobliwe o tyle, że ma miejsce tylko wtedy windą zjeżdża jedna osoba. Ponadto winda blokuje się doszczętnie, kiedy pracownicy ściągają wykładzinę.

Personel wdrożył w życie wiele sposób, które miały zapobiec znikaniu w windzie, ale żaden nie przyniósł efektu. Zamieszczono tablicę, proszącą podróżnych aby wysiadali wcześniej ( znak samoistnie zniknął), starano się wyłączyć funkcję przycisku „P” ( jednakże ten, wciąż się naprawiał). Proponowano nawet obrady, na których przewidywano rozmowy o całkowitym zdemontowaniu windy, aczkolwiek zrezygnowano z tego pomysłu. Ponieważ zdaniem ekspertów, zdemontowanie windy bez naruszenia ścian bocznych jest niemożliwe, a interwencja w ich strukturę równałaby się zawaleniem całego budynku. Gdyż budynek został zaprojektowany tak, aby winda była jednocześnie ścianą nośną budynku.

Po tym incydencie, w hotelu przeprowadzono ankietę, w której pytano zameldowanych czy zgadzają się na przeprowadzenie eksperymentów podczas ich pobytu. Decyzje wymusiło odkrycie oryginalnych planów budynku, które ujawniły, że kiedyś wyjście z budynku znajdowało się na pierwszym piętrze, a parter był jedynie wielkim pokojem, połączonym z windą korytarzem. Pokój ten pozbawiony był okien i innych możliwości wyjścia. Pod wpływem usilnych próśb o ostrożność właściciela hoteli, eksperymenty prowadzono z rozwagą. Jednakże, nie wyjaśniono dlaczego ciała znikają, a chętny kandydat zniknął zanim otworzyły się drzwi windy. Znajdująca się w windzie kamera, po otwarciu się drzwi zarejestrowała korytarz pogrążony w zupełnej ciemności, pomimo światła wydobywającego się z windy. Na zarejestrowanym filmie widać jak odbicie jadącego na metalowych drzwiach zmienia się w trakcie jazdy. Oto ujęcie zarejestrowane tuż przed otwarciem:Image

Intuicja

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Zebraliśmy się pod opuszczonym domem w środku nocy. Może w większej grupie nie będzie tak strasznie, a poza tym, to tylko jedna noc.
Kiedy spotkałem się z resztą zauważyłem, że są tylko trzy dziewczyny wśród nas wszystkich, stojące na uboczu i szepczące do siebie. Po krótkiej chwili podeszły do nas i oznajmiły: „My stąd idziemy.”
Zapytaliśmy je, czemu nagle zmieniły zdanie. „Intuicja”, odpowiedziała jedna z nich. Obawiały się, że w tym domu stanie się coś złego. Były współlokatorkami, więc wsiadły do swojego samochodu i pojechały do domu.
To była poważna zmiana planów i zacząłem nad tym myśleć. Kiedy resztą grupy zaczęła wchodzić do domu, ja życzyłem im powodzenia i wsiadłem do auta. Nie zostanę w tym domu.
Jest już rano. Gdy oglądam poranne wiadomości, zauważam coś znajomego. To dom tych dziewczyn, które wtedy odjechały. Okazało się, że zostały brutalnie zamordowane we śnie, a nieznany sprawca pozostaje na wolności. No i tyle miały ze swojego przeczucia.
Niewiele później odbieram telefon od jednego z kolesi z grupy. Wyraźnie słyszałem złość w jego głosie, gdy opowiadał, że w opuszczonym domu dziewczyn nie spotkałoby nic złego.
Okazało się, przemiał ze sobą broń. Zszokowany zapytałem, po co ją wziął, co on krótko skwitował: „Intuicja.” Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, w wiadomościach podali więcej informacji na temat morderstwa. Dziewczyny nie tylko zostały zabite, ale także wycięto różne fragmenty ich ciał. Mój rozmówca był niewątpliwie zniesmaczony.
Podczas przygotowywania śniadania zacząłem rozmyślać nad tym wszystkim. Przecież gdyby zabójca poszedł za nimi do opuszczonego domu, to najprawdopodobniej zostałby postrzelony i zabity.
Miałem szczęście, że zdecydowałem się wczoraj na kobiece mięso, czy to była intuicja?

Kreatura

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Budzisz się na zimnej posadzce posiadłości. Głowa Ci pęka, kompletnie nic nie pamiętasz. W ręce ściskasz telefon, nienależący do Ciebie. Bateria zaraz padnie, możesz wykonać jeden telefon. Do kogo dzwonisz? Odpowiedź nasuwa się sama: do swojego przyjaciela. Wystukujesz numer, czując nagły powiew lodowego wichru. Śmieszne, „lodowego wichru”. Zupełnie jak w „Icewind Dale”, grze, w którą jeszcze niedawno grałeś tak zapalczywie grałeś na komputerze. Wciskasz zieloną słuchawkę, odciągając się od tych dziecinnych myśli.
Twój przyjaciel odbiera już po pierwszym sygnale.
– Słucham? – Zaspany głos odzywa się w głośniku. Zdziwiony wpatrujesz się w zegarek na ręce – jest godzina dwudziesta trzecia trzydzieści.
– Słuchaj stary, musisz mi pomóc, jestem… – no właśnie, gdzie Ty właściwie jesteś? – Poczekaj chwilę, dobra? Muszę sprawdzić, gdzie…
– To jakiś żart? Zobacz, która jest godzina! – Znasz ten ton głosu – oznacza, że jeżeli zaraz nie powiesz czegoś z sensem, Twój druh zwyczajnie odłoży słuchawkę.
– Daj mi chwilę, naprawdę… – zamierasz, widząc obraz przed sobą. Cały korytarz umazany jest czymś czerwonym. Nie masz nawet odwagi pomyśleć o tym słowie: „krew”.
Jakby tego było mało, przypadkowo naciskasz czerwoną słuchaweczkę.
– NIE! – Wrzeszczysz, jakby od tego zależało Twoje życie. Niewykluczone, że tak właśnie jest… Znowu próbujesz zadzwonić do przyjaciela, tym razem jednak ręce trzęsą Ci się zbyt mocno, żebyś mógł trafić w małe klawisze. Zrozpaczony walisz w nie coraz mocniej, aż w końcu telefon wypada Ci z rąk i roztrzaskuje się na kafelkach. Już chcesz go poskładać, gdy nagle w wnęce korytarza zapala się światło. A więc nie jesteś sam! Twoje serce rwie się do biegu, do upragnionego towarzystwa, rozsądek jednak nakazuje Ci stanąć za filarem. No tak, plamy krwi. Dotarło do Ciebie, że to m u s i być krew, a ten ktoś jest jeszcze gotów pomyśleć, że masz coś z tym wspólnego… Przyciskasz się do kolumny, uspokajając oddech. Czujesz pod placami lepką, nieco zaschniętą ciecz. Lekko wychylasz się, tak by jednym okiem widzieć przybysza. Kiedy Twoje źrenice spotykają „to”, cieszysz się, że posłuchałeś rozumu.

Nowo przybyły trzyma w ręce latarkę, co pozwala Ci lepiej go widzieć. Snop światła odbija się od luster na przeciwległej ścianie, ukazując masywne, zniekształcone cielsko o zadziwiająco pięknej twarzy – bujne jasne loki okalały niebieskookie oblicze o cudnych rysach. Wyglądało dziwnie znajomo… Lepiej jednak niż twarz światło ukazywało pistolet w jego drugiej dłoni. Kreatura kuśtykała, ciężko dysząc. Z trudem opanowujesz odruch wymiotny na widok zwisającej wielkiej ręki, tak jakby była złamana. Gwałtownie prostujesz się i chowasz za filarem. Robisz to dosłownie chwilę przed tym, jak latarka świeci w Twoją stronę.
– Jest tam ktoś? Wyłaź! – Krzyczy w Twoją stronę. „Ma równie tępy ton głosu jak wygląda”, myślisz. Najciszej jak potrafisz schylasz się i gorączkowo macasz grunt w poszukiwaniu kamieni. Nagle w Twoją rękę wbija się odłamek czegoś ostrego. Z trudem powstrzymujesz okrzyk bólu; z ust rozlega się zaledwie cichy syk. Wyciągasz drugą rękę i chwytasz odłamek szkła. Oglądasz dłoń – rana nie wydaje się bardzo głęboka. Szkło jest Twoją jedyną bronią. W duchu modlisz się, żeby napastnik się nie zatrzymał. Zastygasz, słysząc kroki na kafelkach. Sądząc po jeszcze cięższym oddechu, kreatura musiała kucnąć w miejscu, w którym upuściłeś telefon. Nadludzkim wysiłkiem zbierasz się na odwagę i wychylasz.

Widzisz to wynaturzenie tuż obok siebie! Serce wali Ci jak opętane, ledwo trzymasz się na nogach. Na Twoje szczęście jest zbyt pochłonięte oglądaniem roztrzaskanej komórki. Teraz masz szansę. Unosisz cicho dłoń i… zamierasz. Czujesz, że nie potrafisz tego zrobić. Nigdy nikogo nie skrzywdziłeś. Ale z drugiej strony dobrze wiesz, że jeżeli Ty tego nie zrobisz, to „coś” z pewnością Cię nie oszczędzi. Opanowujesz strach i szybko opuszczasz szkło na wysokości karku. Przebija ono skórę i klinuje się w kości. Chwilę potem korytarz wypełnia ogłuszający ryk, masz wrażenie, że pękły Ci bębenki. Wbijasz szkło jeszcze głębiej, nie zważając na to, że drugi koniec kaleczy także Ciebie. Kreatura próbuje się wyrwać, jednak Ty trzymasz mocno. Adrenalina bierze górę nad bólem, w końcu przebijasz kość karku i masz wrażenie, że zaraz rozpłatasz gardło przeciwnikowi. Nagle kreatura sztywnieje, palce rozluźniają się. Wyciągasz ostrze i na wszelki wypadek dźgasz jeszcze raz. Światło latarki odbija się teraz od lustra naprzeciw Ciebie. Osłupiały patrzysz na Swoje odbicie. Pulsowanie w żyłach ustało i ogarnia Cię strach – zabiłeś „to”. Krew wolno ścieka Ci po ręce, kapiąc na masywną dłoń kreatury. Poza satysfakcją i niewysłowioną ulgą czujesz też do Siebie… obrzydzenie? Niechęć? Sam jeszcze nie wiesz. Znowu wyjmujesz szkło ze Swojej dłoni, jęcząc cicho. Nie wiadomo, czy to jedyne wynaturzenie w tym dziwnym miejscu. Podnosisz pistolet i latarkę. Pora zobaczyć, co znajduje się w tamtym pokoju. Rzucasz ostatnie spojrzenie na Twoją ofiarę, po czym powoli skradasz się w tamtym kierunku. Ręka trzymająca pistolet drży, jednak nieprzerwanie przesz naprzód. W miarę jak zmniejszasz dystans, ciekawość bierze górę nad rozsądkiem. Pod koniec niemal biegniesz. Tuż przy ścianie bierzesz głęboki wdech i stajesz prosto w drzwiach. Oślepia Cię białe światło.

Wtedy się budzisz. A więc… to był tylko zły sen.

Słyszysz trzask drzwi gdzieś w mieszkaniu. To pewnie Twoja dziewczyna – jasnowłosa piękność o niebieskich oczach. Patrzysz na Swoje dłonie – są gładkie i nie ma na nich nawet zadrapania. „Tak, to na pewno był sen”, myślisz. Drzwi od sypialni powoli się otwierają.

I wszystko byłoby normalnie…

…gdyby nie kreatura stojąca w progu naprzeciw Ciebie.

Teatr czegoś nieznanego

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Podobnie jak jego ojciec, ojciec jego ojca i pradziad musieli zjawiać się w teatrze w tym konkretnym dniu, tak i on się pojawił. Choć po stokroć wolałby siedzieć teraz z lampką chłodnego wina przed kominkiem i rozmyślać dlaczego to spotkało akurat jego rodzinę. Dlaczego piętno prastarych przysiąg dotrwało do jego czasów i dlaczego nikt z jego przodków nie zdjął tego ciężaru z jego barków. Bardzo to samolubne, pomyślał, i na jego twarzy wykwitł na chwilę słaby, smutny uśmiech. Chociaż może to i dobrze, że nie trzymał teraz rzeźbionego kielicha w dłoni, bo z całą pewnością zgniótłby go, a to oznaczałoby tragedię zarówno dla niego, jak i całej rodziny.
Idąc tego wieczora do miejsca przeznaczenia, widział znajome ulice, domy, mijały go bryczki, zaprzężone w buchające parą z nozdrzy konie, których boki lśniły od kropelek potu, a schowane tuż pod powierzchnią skóry potężne mięśnie napędzały całą, czasem karą, czasem siwą, ale najczęściej gniadej maści machinę.

Było zimno. Pierwsze mrozy ścięły ulice jego miasta kilka tygodni temu, a teraz panowała już surowa, północna zima. Śniegi otulały wszystko grubą pierzyną białego puchu. Dodatkowy chłód napływał z Morza Północnego, znad którego wiatr nawiewał mroźne powietrze. Jego wody rozbijały się z hukiem o skaliste wybrzeże zatoki Moray Firth i pieściły skały śnieżnobiałymi grzywami fal.
Wszędzie widać było małe chmurki oddechów ludzi, gdzieniegdzie trochę większe, pionowe – to parowały studzienki kanalizacyjne. Dzieci opatulone w swoje małe kożuszki, czapki i przydługie szaliki biegały i ślizgały się po zamarzniętych kałużach, powodując czasem niemały zamęt wśród użytkowników dróg.

Inverness. Rok 1869. Teatr Wielki. Położony trochę na uboczu. Otulony wielkimi drzewami i wodami rzeki Ness, która wijąc się, przepływa przez miasto.
Ogromny gmach. Jednolity budynek, zwieńczony okazałą kopułą wokół której poruszają się w niemym tańcu figury Tragedii, Komedii, Poezji i Muzyki. Na szczycie długi, kryształowy szpikulec od dziesiątków lat niestrudzenie strzelający w niebo. Po bokach cztery wieżyczki, na których dzielnie stoją strażnicy – marmurowe gryfy z rozpostartymi skrzydłami. Ich paszcze rozwarte jak do ryku, a przednie łapy z potężnymi pazurami wyciągnięte w kierunku wszystkich, mających złe zamiary. Wszystko to podtrzymywane ogromnymi kolumnami, u stóp których, po obu stronach pięknie rzeźbionych, paradnych schodów, warują dwie kolejne bestie, tym razem spokojniejsze, dostojne lwy, z zawiniętymi na przednie łapy grubymi kamiennymi ogonami.
Troje ogromnych, podwójnych dębowych drzwi, których główne portale tworzą kolumienki podtrzymujące fryzy, przedstawiające jakieś postaci i stworzenia z wielu legend i niesamowitych baśni wszelakich krain. Nad nimi piękna fasada stworzona dłutami i potem najwybitniejszych twórców epoki.
Za wrotami kryją się korytarze, tajemnicze zakamarki, setki schodów prowadzących na balkony i tarasy oraz kolejne drzwi, za którymi rozpościera się główna sala i miejsce rozbrzmiewające wiecznym echem oklasków, krzyków, granego strachu, śmiechu, żalu i podniecenia.
Lecz czasem echo zanika. Może wytłumiają je w końcu zasłony wiszące w balkonach, może odchodzi, przenosi się w inne miejsce, do innego teatru, który go nie zaznał.

Jest pusto. Ostatnie przedstawienie skończyło się wiele dni temu. Cisza zalegająca w ogromnym pomieszczeniu głównej sali jest jednocześnie przytłaczająca i uspokajająca. Lekkie, przyciemnione światełka na półokrągłych, pięknie rzeźbionych w sceny odwiedzin demonów balkonach, dodają swoje małe cienie. Wyższe rzędy drewnianych foteli, teraz złożonych, ozdobionych zielonym tanim materiałem czekają na gości, którzy jeszcze długo na nich nie zasiądą. Czerwony dywan staczający się po schodkach przez wiele dni nie poczuje na sobie tupotu małych nóżek i mocnych kroków trójnogich panów, nie będą go pieściły suknie, atłasy, długie szale.
Zesztywniała kotara po obu stronach sceny, nie poczuje w sobie podmuchu wiatru wywołanego swoim ruchem. Jej obie części nie spotkają się razem na środku sceny i nie złączą w delikatnym, pokrętnym tańcu.
Deski teatru będą mogły odpocząć, gdyż w najbliższym czasie nie będą skrzypiały pod ciężarem artefaktów sztuki, przedziwnych postaci po nich stąpających i najróżniejszych instrumentów, które się nimi podpierały w szalonym wydawaniu dźwięków, ku uciesze arystokracji i gawiedzi.
Tych kilkudziesięciu małych krzeseł osadzonych niżej, pod sceną, nie zajmą na razie muzycy ze swoimi narzędziami, a wysokiego podestu pan ze zmierzwionymi włosami i brodą, zaopatrzony w cienki, drewniany patyk, który z dumą podryguje w jego palcach sądząc, że jest wszechwładnym, i bez niego nie odbyłby się żaden prawdziwy koncert ani przedstawienie nie otrzymałoby należytego podkładu, jakże przecież ważnego…
To, co najprawdopodobniej się dzisiaj wydarzy, może spowodować koniec lub w najlepszym wypadku długą przerwę w życiu tego miejsca.
Niezmąconą od długiego czasu ciszę, przerywa cichy ale mocny pomruk gdzieś z górnych partii pomieszczenia, który roznosi się stopniowo, aż po wielu odbiciach od ścian milknie, jako cichy, niesforny szept małego dziecka, które coś przeskrobało.
Za chwilę powietrze drga znowu w złości, tym razem, od początkowo cichego, ale z każdą chwilą narastającego odgłosu kroków, zbliżających się z nieokreślonego kierunku. Osoba, która je stawia, jest niespokojna, tupanie jest nierówne, jakby się chwiała lub omdlewała. Z pewnością są to kroki mężczyzny, i to postawnego, gdyż mimo tych uchybień są głośne i „twarde”. Kiedy już wydaje się, że osoba która je stawia, jest tuż koło nas, odgłos milknie, dając ukojenie zmęczonej ciszy, która wszelakie skrobania, tupania, śpiewy i krzyki, musiała znosić przez tyle dziesiątków lat, a teraz chciałaby nareszcie odpocząć. Chyba jednak jeszcze nie teraz…
Naciśnięta klamka, skrzypnięcie starych, wypaczonych drzwi i ciche tąpnięcie przy ich powtórnym przekręceniu się na nie oliwionych od dawna zawiasach. Dwa kolejne kroki i znów cisza.
To wszystko dzieje się za kulisami, za potężną zasłoną grubego materiału, zza którego, setki razy wyglądali reżyserzy i twórcy, aby sprawdzić reakcję publiczności, za którą przed występem ostatnie oddechy odwagi brali aktorzy, ci sami, którzy kilkadziesiąt minut później dawali upust swojej złości lub szczęściu. Ona to wszystko widziała i akceptowała. Obserwowała przez dekady. Teraz miała być świadkiem ostatniego „przedstawienia”. Bez udziału publiczności, bez orkiestry, aktorów, scenarzystów, reżyserów.

Kiedy wszedł na salę, omijając wpatrującą się w niego kotarę, jej ogrom go przygniótł. Czuł się jak uczniak, który pierwszy raz staje na deskach teatru by wygłosić kilka słów. Bał się. Był zdenerwowany. Krople potu na skroniach nieprzyjemnie go łaskotały. Frak wydawał się nad wyraz ciężki a mahoniowa laseczka ze złotą, zdobioną w róże rączką, nie pomagała już w stawianiu kroków. Kiedy przystanął w cieniu daszku nad sceną, przymknął na chwilę powieki i powoli zaczerpnął tchu. Poczuł znajomy, ulotny zapach dawnych perfum, setek tysięcy wykrzyczanych słów, usłyszał ciche, dochodzące gdzieś z oddali pojedyncze oklaski, otworzył oczy, zmrużył je i spojrzał w najdalsze rzędy foteli. Nikogo nie ma. Nikogo nie ma prawa tu być. Nie dziś. Nie tego wieczora i nawet nie tej nocy. Ta pora należy do niego. Musi spełnić swoją powinność, albo odejść jak jego przodkowie w niepamięć dawnych dziejów, nie spełniwszy jej. Skazując jednocześnie swojego potomka na to samo, co on przeżywał i przeżywa. Jego serce łomotało w piersi jak ptak, zamknięty w zbyt małej klatce. W głowie kłębiło się tysiące myśli. Nie mógł się na niczym skupić. Wodził mętnym wzrokiem po deskach na których stał, bo balkonach, na których często siadywał podczas nie swoich spektakli, wreszcie po drzwiach, przez które kiedyś, w młodości wkradał się po cichu, aby obejrzeć jakąś sztukę. Jakże go to fascynowało, jakimż ogromnym, słodkim i napęczniałym sokiem, zakazanym owocem było dla niego… ileż razy łkał w zaciszu swojego kąta, kiedy ojciec przyłapywał go na wymykaniu się z domu. Chciał go chronić. Bzdura. Bzdura. Gdyby chciał go chronić, dałby radę, przecież był tak dobry. Nie odpuściłby. Dałby radę…
Jego rozmyślania przerwał kolejny niski pomruk. Rozszedł się po olbrzymim pomieszczeniu niczym kręgi na tafli wody po wrzuceniu kamyka do jeziora.
Cały się trząsł. Jego palce drgały, jakby już wygrywały tę przeklętą melodię. Musiał się uspokoić…musiał! W takim stanie niczego nie zagra, a już na pewno nie zrobi tego tak jak powinien i musi. A musi zrobić bezbłędnie. Genialnie. To jego cel w życiu. Ta jedna melodia. Ten jeden mały koncert, dla jednego słuchacza. Potężnego słuchacza, którego słuchu, wyczulonego przez wieki nie da się oszukać.

Kiedy podszedł do fortepianu, był już spokojniejszy. Oddychał miarowo i głęboko. Serce się uspokoiło i porzuciło swoje szaleńcze tempo. Stanął nad instrumentem i spojrzał na rzecz, dzięki której mógł wyjść z tej opresji cało lub w przypadku choćby małego błędu, w kawałkach. Dosłownie.
Zerknął na wąskie siedzisko, znajdujące się na wysokości jego ud. Zniszczone, wysiedziane. Drewno obite, kiedyś zapewne pięknym i miękkim materiałem, teraz wypłowiałym i wytartym, czekało na niego.
W sali rozległ się groźny pomruk zniecierpliwienia. Wybiła ta godzina. Nadszedł czas na show. Śmiertelnie poważny show. Słychać było odległe bicie zegara w głównym korytarzu, które brzmiało jak kroki upośledzonego, albo zombie.

Szaleńcza gra. Ostatnie, przezroczyste krople, które powoli zmieniały miejsce pobytu z jego twarzy na klawisze fortepianu, zaczęły mieszać się z pierwszymi czerwonymi kroplami, kapiącymi z jego szyi. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego że krwawi i powoli umiera. Grał. Poczuł z tyłu ruch i lekkie ukłucie tuż poniżej podbródka. Zaczął się krztusić, ciężej oddychać, przed jego oczy zaczęła napływać mgła, nawiewana lekkim oddechem śmierci, i potężnymi haustami powietrza wydmuchiwanymi przez bestię. Biało-czarne klawisze, na których wygrywał swe ostatnie dźwięki, wzbogaciły się o nową barwę – krwistą czerwień. Smugi pozostawiane przez jego palce tworzyły na nich fantazyjne wzory i krzyżówki. Zaczynał słabnąc, ale trwał w swoim postanowieniu dogrania utworu do końca. Myśli zaczęły mu się mieszać, podobnie jak wciskane czarno-białe prostokąty. To już koniec, pomyślał w chwili przebłysku zdrowego rozsądku. Zwolnił. Na karku czuł gorący oddech, tak potężny, że wdzierał się w jego włosy i okalał ciepłymi powiewami twarz. Ostatnie delikatne muśnięcia klawiszy, ostatnie charczące oddechy, chwila na którą tyle czasu się przygotowywał nadeszła. Nie spełnił pokładanego na nim obowiązku. Skazał siebie na śmierć, ale co gorsza, skazał na taki sam jak jego, los, swojego nowo narodzonego syna…który chyba domyślając się co go czeka, mimo usilnych prób matki, nie dał się uspokoić. Zasnął dopiero nad ranem. Wycieńczony, z małymi oczkami czerwonymi od łez. Zasnął dopiero wtedy, gdy spod, martwych już palców jego ojca, kilka kilometrów dalej, wypłynął ostatni dźwięk. Ostatnia dziwna sylaba. Początek jego drogi…

Kiedyś

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Kiedyś, gdy byłem o wiele młodszy, lubiłem się bać. Już wtedy czytałem straszne historie, które znalazłem w internecie. Musiałem brać pod uwagę to, że potem miałem problemy w nocy. Nie, nie chodzi o to, że „nie mogłem spać”. Nie wiem jaki sens ma to powiedzenie. Po prostu, gdy już gasiłem światło, było czarno. Ciemność była tak gęsta, że wydawało mi się, że nie mogę oddychać. Bałem się wtedy, czegoś konkretnego, już nie pamiętam czego, ale bałem się jak cholera. Zawsze, gdy robiło się ciemno, do głowy przychodziły mi same najstraszniejsze zdjęcia i historie… w końcu zasypiałem. Rano budziłem się z dziwnym uczuciem „jak ja mogłem się bać? przecież wszystko jest ok” i siadałem znowu do kompa, by czytać dalej…

To było kiedyś.

Teraz uświadomiłem sobie, jaki byłem głupi.

Gdy jestem starszy, moje środki ostrożności wzrosły conajmniej dwa razy. Znalazłem te forum, gdzie historie nie są typu „a rodzice już nigdy nie wrócili”. Tutaj umieszczane są już naprawdę porządne pasty. Wraz ze strachem, który wzrósł, wzrosiły moje wymagania co do niego. Nie wystarczy mi tekst „nie patrz za siebie”, potrzebuje dobrego wątku i dobrego zakończenia.

Dość o tym.

Gdy byłem mniejszy, historie zacząłem czytać w wakacje. Potem, po przeczytaniu, gdy już miałem iść spać, otwierałem okno, by nie było mi gorąco w nocy.

Dziś? Dziś do okna bym nawet nie podszedł.

Za dużo koszmarów o Jeffie, bym mógł w ogóle spojrzeć w te okno.

Oprócz okna, ZAWSZE zamykam szafe, drzwi, zakrywam niektóre rzeczy, by mnie nie niepokoiły i zawsze obracam krzesło od biurka tyłem do mnie.

Nie pamiętam skąd to się wzięło.

Myślałem, że to po prostu zwykły niepokój. Dziś sobie jednak przypominałem. Wczoraj w nocy zasunąłem krzesło, zamknąłem okno, drzwi i szafe. Rozejrzałem się uważnie po pokoju i poszedłem spać. Gdy rano wstałem, nie mogłem sie ruszyć.

Zasłony były zasłonięte do tego stopnia, by było widać moją twarz. Krzesło stało obrócone w moją stronę i stało zaraz przy moim łóżku.

A szafa…

…szafa była otwarta.

Niebyt

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 21, 2013 by Michał Habdas

Jego dom. Stary i opuszczony. Nikt tam nie mieszka i nikt się tam nie zapuszcza. Otoczony wysoką, zniszczoną siatką zakończoną ostrymi szpikulcami, na które gdzieniegdzie ponabijane są małe gryzonie i ptaki. Wiele jest w niej wyrw. Dziury zioną zimnem i strachem. Chwasty i zielsko oplątują jej dolną część niczym macki. Za nią kryje się, niegdyś, wspaniały ogród. Wiekowe drzewa opuszczają pomarszczone gałęzie niczym drapieżne łapy, próbując porwać nieszczęśnika, który pod nimi przechodzi. Jemu nic nie zrobią.
Ledwo widoczna ścieżka, długa, prowadząca aż do wrót domu, jest oświetlona nikłym światłem księżyca, prześwitującym przez makabrycznie powykręcane gałęzie. Co kryje się dalej, w ciemności ogrodu, tego nie wie nikt. Znów zaczyna padać. Krople deszczu rozbijają się o liście, siatkę, bruk. Bębnią o dach posiadłości.
Staje przed bramą. Wysoka, zakończona szerokim napisem furtka do jego miejsca. Tak się kiedyś nazywał. Tu żył przed. Tu się narodził i tu wychował. Ale i tu po raz pierwszy zaznał smaku i woni krwi.
Brama skrzypnęła. Jego cień powoli wpłynął do ogrodu. Wiatr zawył w górze. Gdzieś coś trzasnęło. Uderzyła okiennica. Coś cichcem przebiegło wśród cieni i mroku. Zrobiło się niesamowicie. Powietrze stało się ciężkie i duszne. Obejrzał się. Wrota z jękiem otwierały się i zamykały. Jedno ze skrzydeł było wyłamane. Nietoperz. Przysiadł na bramie. Sekunda. Już go nie ma. On także poluje.
Idzie, idzie wolno. Ma całą wieczność. Jego czarny, długi płaszcz zamiata i szeleści pośród ostatnich liści tego roku. Długo. Patrzy przed siebie. Zarys domu. Uwielbia to miejsce. Boi się go również. To jego jedyna miłość. Nagle, przed nim, wiatr zabiera w otchłań mroku liście. Kołują. Lecą ku księżycowi. Znikają w ciemnościach. Cichy płacz dochodzi go z ogrodu. Wie, że nie może skręcić. Wołanie. Podejdź… Może tym razem. Uda się. Niee. To zbyt trudne. Płacz. Jęki. Duchy przepływają za jego plecami w poświacie. Odbijają się od ciemności i znikają. Nad jego głową, na którejś z gałęzi przysiadły dwa czarne ptaki. Duże. Kruki. Otwarte dzioby. Zaczynają. Skrzeki. Łopot skrzydeł. On idzie. Nie patrzy. Zaczynają walczyć. Idzie. Spadają jak wielka kula z drzewa. Idzie. Nie ogląda się. Tarzają się w liściach i wodzie. Walczą. Milkną. Odlatują.
Dochodzi do domu. Jest ogromny. Większy niż zwykle. Trzy wieżyczki z trzech stron okalają dach. Wysokie okna. Poczwórne. Wiele. Za dużo. Cienie przemykają wkoło. Skaczą, kręcą się, liżą ściany budynku. Małe. Ogromne. Bez znaczenia. Deszcz uderza w dach. Spływa do środka. Bębni o szyby i bruk. Deski skrzypią.
Ogromne, podwójne, dębowe drzwi. Uchylone. Szkło w oczach. Czuje o wiele lepiej i więcej niż człowiek. Ogród za nim śpiewa. Może wejść. Uderza w drzwi. Pusty łomot roznosi się po kątach, pokojach domu. Światło księżyca wlewa się do środka. Staje w progu. Słychać cichutkie dzwoneczki. Wejdź…
Cień ze świecą przemyka na piętrze. Masa pokoi. Nigdy ich wszystkich nie zwiedził. Był za mały. A później, później…
Schody stare, szerokie. Pięknie rzeźbione, śliskie poręcze. Wszędzie pajęczyny. Schody są nimi związane. Coś skrzypnęło i przebiegło w prawym pokoju. Spojrzał. Złudzenie. Męki przeszłości. Stare cienie o nowych twarzach. Wszędzie je widzi. Falują, wołają go. Głosy. Jęki. Wycie. Wiatr. Deszcz. To za dużo!! Ryk. Biegnie. Stopień! Jeden, drugi. Skok. Już jest na półpiętrze. Ogromny żyrandol nad holem szeleści tysiącem głosów. Melodia łkania rozchodzi się. Rozgląda się. Wygląda na zewnątrz. Widać ogród. Zniszczony, zaniedbany. Jego piękno umarło. Nigdy nie wróci. Gdzieś krople deszczu uderzają o rynnę. Ktoś chodzi. Słychać kroki. Echo. Tupot małych nóżek. Jęki. Wiatr dmucha w komin wydając dziwne dźwięki.
Powoli stąpa. Schody skrzypią. Większy krok, któraś z desek jest złamana. Nie ma poręczy. Znów dziwny cień przebiega po jego twarzy. Staje na górze. Ciemny korytarz. Idź naprzód…nie może tego zdusić. Nagle wszystkie drzwi otwierają się z łoskotem. Głosy. Białe ręce ze ścian, z podłogi!! Chcą go pochwycić. Biegnie. Ostatnie drzwi. Chrzęst zamka. Jest w środku. Pusto. Ciemno. Światło księżyca wpada do środka, po to tylko, aby oświetlić nieliczne jego zakamarki. Krok. Skrzypnięcie. Szloch. Rozgląda się. To dawna biblioteka. Zniszczone regały, powybijane szybki i połamane półki. Wszędzie resztki książek i czasopism. Jego ojca. Pośrodku fotel na biegunach. Pajęczyny. Cienie grają na szybkach i podłodze. Kilka nienaruszonych, pustych regałów. Ale fotel… Wspomnienia. Jak z mgły.
Siada. Buja się. Długo. Bezszelestnie. Włosy opadają na poręcze. Wiele godzin. Głosy milkną. Wracają wspomnienia. Dawne. Nieliczne. Smutne. Zapomina. Nie może. Księżyc zakrywają chmury. Robi się bardzo ciemno. Podnosi się. Podchodzi do okna. Widać. Widać Tower. Światła miasta. Bliskie. Dalekie. Odwraca się. Książki zdają się przesuwać po podłodze. Cienie pełzają po ścianach.
Cichutkie pukanie do drzwi. Niemożliwe!
Jego przemęczona wyobraźnia płata mu figle. Źrenice zwężają się. Kolejne pukanie. Cztery razy. Skądś je zna. Pamięta.
Klamka się porusza. W prawo. W lewo. Kroki w korytarzu. Coś zatrzymuje się pod drzwiami. Trzask zamka. Zaczynają się uchylać. Przesuwa się w kąt. Boi się. Do pokoju wchodzi cień. Cień dziecka ze świecą. Ledwo go widać. Jego smutne oczy. Dziwny, nienormalny uśmiech. Krzyk. Jęk. Ryk. Dziecko odwraca się. Jego oczy stają się szalone. Wybiega. Raczej wysuwa się z pokoju. Wypływa. Świeczka zostaje. Stoi na podłodze.
Vampir Długo się waha. Znów to samo. Podchodzi. Powoli. Skrzyp. Skrzyp. Potrąca książkę. Kuca. Wyciąga rękę. Cofa. Po chwili wyciąga znów. Wiatr zaczyna wyć. Księżyc się zmniejsza. Cienie podnoszą się nad jego ciałem. Spływają ze ścian. Śmiech. Suną po podłodze.
Dotyka świecy. Jest zimna. Ogień błękitny. Teraz zauważa. Podnosi się powoli. Ogień przygasa. Świeca zaczyna się rozpływać. Nie rozumie. Dlaczego?? Dlaczego on??!!
Już nie trzyma jej w ręku. Wychodzi z pokoju. Światło księżyca miga mu przed oczyma. Cienie bawią się z nim. Idzie. Do pokoju. Zamknięty. Kolejny. Otwarty…Chce wejść Nie może. Jakaś siła mu nie pozwala. Walczy. Przypomina sobie. To pokój jego brata. Słabszego. On umarł wcześnie. We śnie. Patrzył na niego. Nie zamknął oczu…
Ciche głosy. Proszą go. Wejdź…
Przypomnij sobie…
Nie! Nie!
Wejdź…nie odchodź
Gwizdy wiatru w szczelinach. Noc przemija powoli. Szybko. Traci rachubę. Chwyta za klamkę. Jest lodowata. Jak on. Popycha drzwi. Skrzypią. Skarżą się. Stoi w progu. Wszystko jest jak dawniej. Te same meble, to samo łóżko. Firanki. Toaleta. Szafa. Tylko, że starsze o 60 lat. Zbite lustro. Nie domknięta szafa. Podziurawiona firanka. Łóżko już na trzech nogach. Pościel pomięta. Poszarzała. Pajęczyny. Książki. Wszędzie wspomnienia. Stare świece. Cicho podchodzi do lustra. Kiedyś był taki ładny. Hmm…nawet przystojny. Młody. Nie przeczuwający. Kto by pomyślał. Nagle szmer. Tupot małych nóżek. Myszy?
Duchy. Dawni przyjaciele. Owionął go chłód. Wiatr zaczyna swe harce z przydługimi, podziurawionymi firanami.
Wychodzi, w korytarzu wiszą obrazy. Zniszczone ramy. Krzywe. Ledwo widoczne płótna. Przedstawiają miasto. Londyn. W nocy.
Deszcz pada, mgła zaczyna się opuszczać.
Kroczy powoli, trochę jakby dostojnie. Pamięta jak biegał po tych korytarzach. Pamięta brata. Niee. Wystarczy. Czuje czyjąś obecność za plecami… Nagle krzyki, wrzaski, piski. Tupot nóg. Zewsząd. Wybiega. Schody. Cień chłopca… przystaje ułamek sekundy. Patrzy na niego. Potem zrywa się znów do biegu. Biegnie przez hol. Drzwi. Schodki. Ogród. Jęki za nim. Wiatr próbuje złapać go za włosy. Wyje. Wyje jeszcze długo po tym, jak wybiegł za bramę i zostawił za sobą swój dom. Stary. Zniszczony. Swój…